Chodzą, chodzą ludzie po świecie
Nic im w życiu się nie wiedzie
Tacy mali, tacy biedni
Przestraszeni, zagubieni
Chodzą spodnie, buty, szelki
Pełne wrażeń smutne twarze
Wciąż te same smutne twarze
Chodzą mędrcy, chodzą głupcy
Wciąż czekając na swój dzień
Nie ma winnych, wszyscy święci
Nie ma winnych, wszyscy święci
Wszyscy świeci
Nie ma winnych, wszyscy święci
Chodzą w przód, chodzą w tył
Nic nie widzą, nic nie słyszą
A gdy złapią dobry kurs
Wtedy ze wszystkiego szydzą
Idą ludzie idą, cos im się tam roi
Myślą ludzie myślą, a każdy każdego się boi
Nie ma winnych, wszyscy święci...
Nie potrafią nawet kochać
Brak im luzu i radości
Często robią głupie miny
Świat ich nudzi, świat ich złości
Mają brzydkie myśli
To ich cieszy, to ich bawi
I tak sobie idą
Równym kroczkiem do kliniki
Nie ma winnych, wszyscy święci...
Nie jesteś, niestety, wolny od łez
W twej głowie zmęczonej zepsuło się coś
Nie mogę ci pomoc, choć bardzo tego chcę
Dryfujesz po morzu, na imię mu lęk
W czterech ścianach własnych marzeń
Dopadnie cię śmierć
Nie jesteś, niestety, wolny od łez
W twym ciele spalonym czai się śmierć
Zabiłeś swe dziecko i masz do życia żal
Twoje szklane oczy przerażają mnie
W czterech ścianach własnych marzeń
Dopadnie cię śmierć...
Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść
Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami
Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór
Idąc jesienną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Chce być tylko z tobą przez kilka małych chwil
Pomóż mi przywołać tamte lata, ożywić śpiących ludzi
Pomóż mi pokonać smutek, który pozostał gdy nagle odszedłeś
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...
Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia
Dziś jesteśmy nareszcie sami w ten listopadowy wieczór...